Forum Gildii SKAVENI w Settlers On-Line
Kiedy beczka piwa pełna
A w pęcherzu miejsca sporo
Czas najlepszy aby czytać
Smocze Opowieści
Inspirowana wypowiedziami Ali o skuteczności Jej Ochroniarza, opowieść „O tym jak Smok na targu kurze jajka kupował”
Dawno, dawno temu, ale za to całkiem blisko, gdy smoki spokojnie przechadzały się między ludźmi, jeden ze smoków wziął wiklinowy koszyk i poszedł na targ kupić kurze jaja. Może wydawać się to pozornie dziwne – wspaniały Smok wykonuje czynność tak banalną jak zakupy na targu. Nie zapominajmy jednak, że smoki miewają czasami kaprysy – tak właśnie było wówczas.
Poszedł więc Smok na targ i szybko swym wspaniałym smoczym wzrokiem wypatrzył gospodarza z koszami najświeższych na targu jajek. Poprosił Smok o 2 tuziny, płacąc – jak to smok - szczerym złotem co nieodmiennie wprawiało ludzi w zachwyt. Zwrócił Smok jednak uwagę, że wszystkie jaja były takie mniej więcej równej wielkości a jedno – dużo większe. Spytał Smok chłopa o ten fenomen, tamten poskrobał się w głowę i powiedział :
- Chodźmy do koguta, on w końcu na temat kurzych jaj wie wszystko, nie na darmo pilnuje całego kurzego interesu z najwyższej stery słomy.
Poszli więc do koguta. Ten chwycił to nietypowe jajko w skrzydło, obrócił nim kilka razy, przyjrzał się z bliska, przyjrzał z daleka (na wyciągnięcie skrzydła) i zabrał autorytatywnie głos:
- Noo, jajko bez wątpienia jest kurze… Ale indyk ma w dziób!
Opowieść o tym, jak pierwszy smok trafił do piekła (na trochę)
Dawno, dawno temu – w każdym razie patrząc z ludzkiego punktu widzenia – jeden z przedstawicieli wspaniałej, potężnej i mądrej rasy Smoków, postanowił sobie polatać trochę w inne miejsca niż zazwyczaj. Pomachał więc potężnie swoimi wspaniałymi, smoczymi skrzydłami i wzniósł się do góry, wysoko, wysoko, jeszcze wyżej i wyżej… Wzniósł się tak wysoko, że dla człowieka ziemia wydawałaby się małą kulką, no ale przecież nie dla smoka z jego wspaniałym smoczym wzrokiem! Kiedy wznosił się jeszcze wyżej, ku swojemu zdziwieniu zauważył coś na kształt olbrzymiego muru chińskiego opartego na obłokach, z jedną, potężną złotą bramą. Przed nią stał człowiek ubrany w białą szatę, nad którego głową unosił się świetlisty krąg. Smok oczywiście poznał Świętego Piotra i wylądował koło niego, żeby przybić pionę – wszak znali się z dawnych lat.
- Witaj, widzę, że nareszcie postanowiłeś mnie odwiedzić – rzekł Św. Piotr – Popatrz, tam między Anioły miejsce przygotowane na Ciebie czeka.
I popatrzył Smok przez uchyloną bramę Nieba, a tam Aniołki w białych szatach stały w rządkach, machały skrzydełkami i cudnie śpiewały.
Przełknął Smok ślinę (żeby trochę przygasić smoczy ogień w brzuchu – rozumiecie, na takiej wysokości to ciśnienie trochę inne i o przypadkowe buchnięcie płomieniem łatwo, a szaty Aniołków nie wyglądały na niepalne), i tak mu się jakoś sam wzrok skierował w dół, a tam gdzieś na dole, głębiej niż najgłębsza ziemska kopalnia … impreza! I to jaka! Muzyka, cudne smoczyce tańczą na stołach kankana, gorzałka leje się nie to że litrami, ale serwowana jest w beczkach, stoły (te nie zajęte przez tancerki) uginają się od najlepszych specjałów (część z nas jest przed kolacją nie będę więc tutaj ich opisywał) serwowanych prze kuso ubrane księżniczki. No po prostu smocza impreza.
Popatrzył więc Smok jeszcze raz przez uchyloną bramę nieba rzekł do Świętego Piotra:
- Wybacz stary, ale ja chyba skoczę na tę imprezkę tam na dole.
- Nie rób tego! Tam piekło! – krzyknął naprawdę przestraszony Święty Piotr
- No wiesz, ale ja jednak wolę tam, na dole, sam rozumiesz…
- Twoja wola – odrzekł Św. Piotr
Przybili sobie jeszcze raz pionę i Smok wspaniałym lotem nurkowym rzucił się na dół. Wyhamował tuż przed czarną bramą i zastukał w nią chcąc jak najszybciej przyłączyć się do imprezy. Po chwili bramę ze skrzypieniem zawiasów otworzyło kilka brudnych, ogoniastych, czarniawych indywiduum, które rzuciły się na Smoka z jakimiś trójzębnymi widłami i zaczęły wpychać go do środka pokazując jakiś wielki, czarny kocioł ze smołą w której taplały się duszyczki i twierdząc, że właśnie najął się na palacza pod kotłem.
- Hola, hola, jak to? Ja na imprezkę! Ja przecież widziałem – te smoczyce, imprezę, księżniczki, gorzałkę… Co wy mi tutaj za szajs wciskacie, ja tam widziałem!
- Cicho, głupi, to nasz dział marketingowy!
Prawdziwa historia „Szewczyka Dratewki”
Czytaliście zapewne rozpowszechnianą powszechnie przez wrogie smokom siły „historię o Smoku Wawelskim i dzielnym Szewczyku Dratewce”. Trudno o lepszy przykład grafopiśmiennictwa politycznego, szkalującego szlachetną rasę. Ba, ukryci wrogowie smoków posunęli się nawet do wykopania w Krakowie w okolicach Wawelu jakiejś dziury i ustawienie w niej metalowego szkaradzieństwa którego „smocze płomienie” zasilane są … gazem! Myślę, że czas zaprezentować jak ta historia wyglądała naprawdę.
Otóż dawno, dawno temu za siedmioma górami i siedmioma rzekami lecz tylko jednym morzem, krainą miodem i piwem (choć cienkim) płynącą władał dzielny Król Artur. Do pomocy w rządzeniu stworzył on namiastkę rządu zwaną „Okrągłym Stołem” wokół którego zasiadali Jego rycerze. Między nimi wyróżniał się szczególnie śmierdzącymi nogami Sir John Dreythus. Dosyć oczywiste więc było, że Król Artur za namową swoich rycerzy zdecydował wysłać Sir Dreythusa możliwie daleko najlepiej aby szukał czegoś czego nie za bardzo można znaleźć. Miał Król Artur jeszcze jeden, ukryty plan. Młoda żona Sir Dreythusa słynęła z urody, choć od ślubu nikt nie widział jej twarzy – ponoć to ona wynalazła maskę przeciwgazową. Król Artur nie uwzględnił jednak dwóch rzeczy – Sir Dreythus ostro targował się jeśli chodzi o cel swojego wyjazdu (ostatecznie stanęło na pielgrzymce do najbliższego świętego miejsca) i – co gorsza – wynalazł pas cnoty, który założył swej żonie, zamknął na kluczyk (włożył go do cholewy buta – stamtąd nikt nie byłby w stanie niczego wyciągnąć) i zapieczętował go własnym herbem – bezrogim jeleniem w wieńcu laurowym na szczycie wzgórza. Tak więc miłosne plany Króla Artura poszły się bujać.
W tym samym czasie do swojego szkockiego kuzyna który mieszkał nad jakimś jeziorem (i bardzo lubił w nim pływać) o nazwie „Nos Lochy” czy może „Loch Nos” a może „Loch Ness” czy jakoś tak, leciał dzielny, wspaniały, niezwykle męski i jurny Smok Wawelski. Nie spieszyło się mu – smoki żyją w innym rytmie, robią to na co mają ochotę itp. W każdym razie Smok Wawelski dojrzał w oknie wieży piękną Lady D. (smoki są dyskretne i w takich sytuacjach nie używają pełnych nazwisk czy imion). Rzeczywiście nieziemsko, wręcz smoczo piękną. Smok jak na smoka przystało, poczuł, że krew zaczyna szybciej krążyć mu w żyłach, zwinął więc jedno skrzydło i wspaniałym lotem ślizgowym wylądował obok zachwyconej i od pierwszego wejrzenia zakochanej w nim Lady D.
O naiwny Ser Johnie! Pas cnoty był świetnym zabezpieczeniem, ale nie przed smokiem! Smok rozciął skórzane części pasa, na pieczęć wystarczyło leciutko dmuchnąć, zamek – no cóż – smok potrafi uplastycznić każdy metal, zrobienie więc wiernej kopii klucza nie stanowiło najmniejszego problemu.
…
…
Wrócił Sir John po dwóch latach do domu i pełen zachwytu dowiedział się, że jego syn niedługo skończy sześć miesięcy. Co prawda lekkie zaniepokojenie wywołało w nim, że dziecku nie cuchnęły nogi, ale widocznie odziedziczył to po matce. Sprawa romansu wydała się trochę później, kiedy Sir John przyjrzał się bliżej ściągniętemu w międzyczasie pasowi cnoty. Po pierwsze – części skórzane zostały rozcięte i z niesłychaną sprawnością, po mistrzowsku w sposób prawie niezauważalny zostały zeszyte (wiadomo, smocza staranność!). Po drugie zamek w pasie cnoty powinien był zardzewieć a tu proszę, lśniący, wyślizgany metal. I wreszcie herb. Ser John pieczętował się bezrogim jeleniem a tu proszę – jeleniowi na herbie „przybyło” piękne poroże! (stąd zresztą wzięło się powiedzenie „doprawić komuś rogi”). Po długich płaczach Lady D. przyznała się do zdrady. W sercu Sir Johna zawrzał gniew – postanowił pojechać do dalekiej Polski na Zamek Wawelski poskarżyć się polskiemu królowi, jaka to straszna zniewaga spotkała go ze strony Smoka Wawelskiego. Przepłynął więc rycerz morze (a raczej takie cienkie morze zwane kanałem), przejechał kilka krain i stanął przed obliczem Króla Kraka. Przedstawił się jako Sir Dreythus, co zabrzmiało po polsku jak „Drajtus” i zaczął pokazywać miejsce zeszycia pasa cnoty, wykonując jednocześnie ręką ruch jakby zszywał coś. Rąbnął się wreszcie pięścią w pierś aż zadudniło i chcąc wezwać swych przodków jako świadków znowu kilkakrotnie powtórzył swoje nazwisko rodowe. Zebrani dworzanie patrzyli na to wszystko z coraz większym brakiem zrozumienia aż wreszcie jeden z nich w przypływie geniuszu krzyknął „ach, on chce nam powiedzieć, że umie dobrze szyć dratwą!” W taki to sposób Sir John Dreythus już jako polski szewc Dratewka zatrzymał się w Krakowie – wszak siodeł i rzemieni do szycia było dużo. Na początku nie rozumiał dlaczego każą mu coś szyć i to dratwą. Ale z czasem lepiej poznał język polski i zrozumiał, że wyszedł nie tylko na rogacza ale również na idiotę.
Cóż mu pozostało – tylko kłamstwo. Udał się więc z kilkoma owczymi skórami nad Wisłę, pozszywał je razem i wypchał słomą. Pozostało tylko w jakiś sposób skazić środowisko naturalne i zwalić to na smoka. Pozornie było to bardzo ciężkie – wszak w tych czasach nie istniały gazy bojowe. Ciężkie? – nie dla Sir Dreythus (ups, przepraszam nie Sir Dreythus ale już Szewczyka Dratewki). Ściągnął buty i włożył swe nogi do Wisły. Podniosły się obłoki śmierdzącej pary wodnej od której powysychały rośliny w promieniu kilku kilometrów, pozdychały ryby w rzece, wyginęła zwierzyna. Kataklizm miał zasięg globalny. Na szczęście zatruta chmura szybko przemieściła się nad Amerykę i tam opadła. Stało się to przyczyną upadku cywilizacji Indian Keczua, dało miejsce do rozwoju państw Majów, Azteków i Inków. I jeszcze jedno. Potwierdziła się teoria doboru gatunków – takie futrzaki na wymarciu wchłonęły w siebie znaczną część toksyn i uczyniły z nich swoją broń. Ten gatunek, wówczas wymierający a teraz mający się dobrze, później biali odkrywcy nazwą „skunks”.
Kłamca Dratewka zwalił oczywiście wszystko na Smoka Wawelskiego, że porwał księżniczkę, zjadł owcę wypchaną siarką wypił wodę z Wisły itp.
Smok nie mógł zaprotestować – poleciał wtedy na jakąś grubszą orgietkę z kilkoma chińskimi księżniczkami. Kiedy wreszcie informacje dotarły do niego (a wiadomo wówczas informacje do Chin szły długo), powiedział, że ma to w nosie bo on zostaje w Chinach. Niestety. A kłamstwa Szewczyka Dratewki utrwalały się w bajkach coraz bardziej.
Mam jednak nadzieję, że teraz tym kłamstwom również i Wy dacie odpór.
Opowieść o tym, dlaczego wyginęły Smoki Pomarańczowe
Smoki. Piękne, wspaniałe i jakże różnorodne. Jest wiele ras smoków, różniących się od siebie wielkością – od olbrzymich Smoków Złotych po maleńkie Smoki Krasnoludkowe, siedliskiem przez nie zajmowanym – np. Smoki Górskie lub Smoki Śródoceaniczne, ubarwieniem – np. Smoki Białe czy też pospolite Smoki Czarne (które z niewiadomych przyczyn cierpią z powodu swojego koloru na kompleksy).
Nie ma już jednak Smoków Pomarańczowych. A były one niezwykłe – miały zarówno pomarańczowo zabarwione łuski jak i najchętniej mieszkały w jaskiniach przy pomarańczowych gajach.
Ich historia niech stanie się przestrogą…
A było to tak:
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma morzami po dwóch stronach olbrzymiego pomarańczowego gaju mieszkały dwa Smoki Pomarańczowe. Smoczyca po stronie wschodniej, smok po stronie zachodniej. Pewnego dnia, obejrzawszy w smoczej TV wiadomości sportowe i dziennik, wypiwszy trzy KEGi piwa zaprawionego smoczym zielem, Smok wziął się wreszcie na odwagę i udał się do Smoczycy. Po drodze zerwał kilka ładnie wyglądających palm do wazonu i z uśmiechem (trochę niepewnym) zapukał do jej jaskini.
Smocze jaskinie jak wiadomo nie mają drzwi, przyjęte więc jest, że po zapukaniu smoki od razu wchodzą. Tak też uczynił nasz Smok. Smoczyca akurat oglądała 28.978.456 odcinek Smoczej Dynastii, a za chwilę miał się zacząć 36.987 odcinek Niewolnicy Smoczałry.
Smokowi to jednak nie przeszkadzało i wyciągając szyję swym uwodzicielski tonem rzekł do niej :
- Yyyy?
Na co ona przecząco kiwając swym zgrabnym łbem odpowiedziała:
- Yy, yy.
Smok wyciągnął jeszcze bardziej uwodzicielsko szyję i jeszcze bardziej uwodzicielski tonem spytał się:
-Yyyyy?
Na co Smoczyca odpowiedział:
- Yy, yy.
Cóż było robić, Smok tylko ciężko westchnął i odleciał do swojej jaskini.
Po obejrzeniu seriali Smoczyca zaczęła jednak myśleć, czy aby na pewno jej odpowiedzi były właściwe. Szybko doszła do wniosku, że tak nie koniecznie. Zakręciła więc szybciorem łuski na wałki, chwyciła jakąś zabłąkaną owieczkę aby użyć ją do nałożenia pudru i już po dwóch godzinach leciała do jaskini Smoka.
Smok tymczasem odpalił na swoim kompie neta i wlogował się do The Dragon`s Settlers. Tam z kumplami rozpoczęli właśnie przygodę a poza tym trzeba było pilnować bufowania.
Smoczyca stanęła na progu jaskini, lekko zakręciła tylną częścią ciała (pilnując jednak, żeby ogona nie przydepnąć), zamrugała oczami i ponętnym, mezzosopranem rzekła:
- Yyyy?
Smok akurat nie mógł oderwać wzroku od monitora, pilnując, czy poczwórny blok wykonywany przez 3 różnych graczy zgrał się z 5 falami ataku na najsilniejszą na mapie twierdzę. Mruknął więc tylko:
-Yy, yy.
Smoczyca nie dała jednak za wygraną. Zamrugała oczami jeszcze szybciej (nie widziała, że gienek został ranny?) i jeszcze bardziej ponętnie mruknęła:
- Yyyyy?
Na co Smok, który dosłownie za 5 sekund – kiedy tylko tamten gienek będzie między kamieniem a drzewkiem – miał wysyłać następujące po sobie dwie (!) fale ataku odmruknął:
-Yy, yy.
…
…
I tak wyginęły Smoki Pomarańczowe.
A teraz koniec tego czytania, brać się do roboty. Trzeba expić. Level sam się nie wbije!
Opowieść o tym, dlaczego Smoki nie opanowały całej ziemi
Porządną opowieść należałoby zacząć od słów „dawno, dawno temu…”. Ale jak zacząć opowieść o czasach, które były znacznie, znacznie dawniej niż dawno, dawno temu? Pomyślmy…
Na początku było słowo. Tak, to jest dobre określenie czasu, gdy dzieje się opowieść. Co było dalej wiemy, wszak każdy z nas historię Stworzenia zna lub o niej słyszał. Mało kto jednak wie, że zaraz po stworzeniu gwiazd, ziemi i nieba, Bóg stworzył Smoka. Na świecie nie było jeszcze ludzi (ich Stwórca przewidywał na dzień następny), Smok majestatycznie unosił się nad pustym jeszcze, gotowym do zasiedlenia światem. Światem, na którym rzeczy nie miały jeszcze swoich nazw. Światem dlań przeznaczonym, w którym ludzie mieli w przyszłości usługiwać smoczej rasie.
I wezwał Stwórca Smoka do siebie i rzekł mu:
- Smoku, przelecisz nad doliną
- A co to jest dolina? – zapytał Smok.
I Stwórca mu wytłumaczył.
- Za doliną będzie rzeka. Ją również przekroczysz.- rzekł Stwórca.
- A co to jest rzeka? – zapytał Smok.
I Stwórca mu wytłumaczył.
- Za rzeką będzie jaskinia. – rzekł Stwórca.
- A co to jest jaskinia? – zapytał Smok.
I Stwórca mu wytłumaczył.
- W jaskini czeka na ciebie piękna, stworzona z twej łuski Smoczyca. – rzekł Stwórca.
- A co to jest Smoczyca? – zapytał Smok.
I Stwórca mu wytłumaczył.
- Leć do niej i rozmnażajcie się po całej ziemi na moją chwałę. Pamiętaj jednak, że macie na zasiedlenie całego świata tylko jeden dzień. Jutro stworzę ludzi.– rzekł Stwórca.
- A co to znaczy rozmnażajcie się? – zapytał Smok.
I Stwórca mu wytłumaczył.
Poleciał więc Smok nad doliną, przekroczył rzekę i znalazł jaskinię z czekającą nań Smoczycą. Nie minęła jednak nawet jedna dłuższa chwila a Smok z powrotem wylądował przed Stwórcą.
- Czego jeszcze nie wiesz? – spytał się poirytowany już z lekka Stwórca.
- Boże mój, a co to jest ból głowy?
Opowieść o pragnieniu Smoka Kicka
Dawno, dawno temu, za siedmioma góra i siedmioma rzekami, była piękna kraina. Trochę górzysta (ale góry nie były zbyt wysokie), poprzecina wstęgami grzmiących rzek i bystrych strumieni. Tu i ówdzie między gęstymi, prastarymi lasami błyszczała błękitna toń czystego jeziora lub stawu, miejscami las ustępował miejsca polanom lub polom uprawnianym przez mieszkańców.
W takiej to cudownej krainie mieszkał Smok Kicek. No wiem, że imię Kicek brzmi może trochę mało poważnie (żeby nie powiedzieć głupio) jak na smoka. Ale każdy ma takie imię jakie ma i niewiele może na to poradzić (imionom smoków poświęcona będzie jedna z późniejszych opowieści).
Kicek był gościem w porządku. Nawet, jeśli od czasu do czasu trochę mu się czknęło i przez przypadek zionął ogniem na jakiś stóg siana (lub budynek), to przecież nie specjalnie. A na dodatek od razu brał się do naprawiania powstałych szkód (bo do płacenia za nie, co miejscowa ludność widziała najchętniej, nie był zbyt skory. Wiadomo jak każdy smok pilnował swojego skarbu).
Miał jednak Kicek jedną malutką wadę. Lubił sobie popić – wiadomo smok nie wielbłąd i pić musi. A następnego dnia rano miał zawsze strasznego kaca. Dolatywał (a częściej z trudem dopełzał) wówczas do najbliższego stawu i siuuuuu, jednym długim pociągnięciem wypijał go. Jeśli zamiast stawu trafiła się jakaś rzeczka, to wkładał w nią paszczę i siuuuu, przez godzinę czy dwie woda przestawała płynąć, bo trafiała do Kickowego gardziołka. Kac to straszny stan.
Miejscowej ludności takie wypijanie stawów i jezior nie podobało się (Kicek razem z wodą wciągał również ryby) – ich powtórne napełnienie trwało dłuuugo. A miejscowi młynarze mający młyny wodne (takie prawdziwe, mielące mąkę a nie produkujące wiaderka wody jak w Settlersach), to w ogóle byli na niego wściekli, bo każde takie nienasycone pragnienie Kicka oznaczało kilka godzin bez pracy z powodu braku wody (czyli radość wśród młynarczyków). A Kicek „postojowego” płacić nie chciał.
Zebrała się więc pewnego dnia miejscowa ludność, wyposażyła w kłonice, widły, kosy na sztorc oprawione. I poszła do Kicka z prostym przesłaniem : „jeśli k…a jeszcze raz coś takiego k…a się powtórzy, to my ciebie k…a twoja mać , temy k…a rencamy, temy k…a grabiami, widłami, kosami a nawet tom k…a kłonicom…”. Kicek grzmotnął się w swą szeroką, smoczą pierś tak, że nozdrzami aż dym poszedł i zarzekł się, że on „…nigdy więcej, absolutnie, w żadnym razie, w ogóle, w szczególe i pod żadnym innym względem…”.
No ale cóż, wieczorem do Kicka (po raz pierwszy w jego życiu!) zleciało się kilku (czy kilkunastu) kumpli smoków (u których najczęściej Kicek balował) i … jak dali czadu! Rano w zasadzie wszystkie smoki miały niewyobrażalnego kaca giganta. Rozpełzło się więc towarzystwo po okolicy szukając już nie tylko jezior czy rzek a nawet najmniejszych strumyczków, malutkich źródełek czy nawet co większych kałuż. I siuuuuu…
Kicek, który jako gospodarz najpóźniej poszedł spać, obudził się dobrze po południu. Wstał, rozejrzał się po okolicy, zobaczył te puste jeziora i stawy, wyschnięte rzeki, których nawet podziemne źródła zostały wyssane. Choć łeb mu pękał, a świat wokół kołysał się i kręcił, przypomniał sobie werbalne groźby miejscowej ludności, poparte całkowicie materialnymi przedmiotami mogącymi służyć co obicia boków nawet smokowi.
Westchnął ciężko nasz Kicek, i wzbił się z trudem do ciężkiego lotu za siódme morze odlatując tam na zawsze.
I tak właśnie powstała nazwa: Sucha Beskidzka.
Bajka o Złotym Smoku
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma rzekami, w krainie tak odległej, że dolecieć mogły tam tylko największe smoki, rósł sobie Zielony Las. Był on nie to, że zielony – on był Zielony. Zielone liście (nawet zimą, kiedy padał zielony śnieg!), na zielonych gałązkach, wyrastających z zielonych gałęzi. Nawet pnie i korzenie drzew były zielone. Na zielonym niebie świeciło zielone słońce przysłaniane czasami przez zielone chmury. Na środku Zielonego Lasu była Zielona Polana. Była ona nie to, że zielona – ona była Zielona. Zielona trawa rosła na zielonej glebie. Zielone rośliny pokrywały się zielonym kwieciem, między którym krążyły zielone pszczoły. Owoce zawsze pozostawały zielone – nawet wtedy, gdy całkiem dojrzały wabiąc swym zielonym zapachem zielone stada zielonych zwierząt. Zielone biedronki w zielone kropki uganiały się na zielonych łodyżkach za zielonymi mszycami. Nawet kret który wykopał zielony kopczyk był całkiem zielony.
Na środku Zielonej Polany stał Zielony Domek. Był on nie to, że zielony – on był Zielony. Zielone ściany podtrzymywały zielony dach kryty zieloną strzechą. Z zielonego komina unosił się zielony dym o smakowitym, zielonym zapachu. Zielone drzwi zapraszały do zielonego środka. Może mało było widać przez zielone okna, ale miały one zielone szyby.
W Zielonym Domku był Zielony Pokoik. Był on nie to, że zielony – on był Zielony. Aby do niego wejść należało przekroczyć zielony próg, a wówczas można było cieszyć swe oczy zielonością zielonych ścian, podłogi i sufitu. Można było popatrzyć na zieloną lampę rzucającą zielone światło. Nawet cienie były tam zielone.
Na środku Zielonego Pokoiku stało Zielone Łoże. Było ono nie to, że zielone – ono było Zielone. Zielone kolumny stanowiły solidne podpory dla zielonego baldachimu, na zielonym materacu leżało zielone prześcieradło, na nim zielona kołdra wypełniona zielonym puchem wyskubanym z zielonych piersi zielonych gęsi. Na zielonej kołdrze leżała zielona poduszka a na niej Zielone Ziarnko Zielonego Groszku.
Zielone Ziarnko Zielonego Groszku było nie to, że zielone – ono było Zielone. Zielona łupinka otaczała zielony środek, który skrywał zielony kiełek gotowy w każdej chwili, gdy tylko skropi go zielone woda do zielonego kiełkowania.
Wtem do Zielonego Pokoiku wszedł piękny, wspaniały Złoty Smok. Spokojnie rozejrzał się dookoła, wyjrzał nawet przez Zielone Okno i powiedział: „Choroba, ja coś do tej bajki nie pasuję”.
Ostatnio edytowany przez Smoczek64 (2012-11-13 19:43:09)
Offline